Minął nas, pędzący niczym Struś Pędziwiatr po popiciu pstrąga trzymiesięcznym kefirkiem, październik.
Zwykle w tym czasie wyrastają i kwitną na blogach liczne lśniące podsumowania, jaki to ostatni miesiąc był świetny, ekscytujący i wręcz najlepszy z najlepszych.
Serio taki był? To zaczynam się zastanawiać czy żyjemy w tej samej strefie czasowej 😛

Pomysł na taką serię zrodził się już dawno, ale jakoś nie wypadało mi go wrzucić na poprawną Marę.
No, dobrze. Poprawną coraz rzadziej. Pamiętacie konkurs na ładne przeklinanie? 😉

Na szczęście jest już Morela i mogę zaszaleć zgodnie z ostrosłownymi standardami, które właśnie się kształtują.
Tak, będę bezkarnie narzekać.
Wy też możecie. Powiem więcej, tu jest to nawet wskazane! 🙂

Oto co miesiąc będę przyznawać nagrodę im. Zgniłej Moreli temu, co mnie najbardziej w ostatnim miesiącu wmoreliło.
A zdecydowanie miało co!
Z roku na rok jestem coraz starsza to i nerwy nie te same. Mam zatem w czym wybierać.

Były znacznie liczniejsze niż zwykle nadgodziny. I brak kilku ostatnich wolnych weekendów w grafiku. Efekt? Pad prosty na pysk.
Był brak ogrzewania w firmie przez 3 tygodnie. Dziękuję, przeczyszczanie kanalików nosowych gratis.
Był i autobus odjeżdżający dwie minuty wcześniej. Codziennie. Ale tu się akurat nie popisał mój zegarek 😛

A jakbym miała jeszcze dopisywać sprawy polityczne to zapewne wyliczanie trwałoby do końca tego roku. Neptunowego. Dlatego też pozwólcie, Drodzy Czytelnicy, że kuchnią ogólnodrobiową zajmować się nie będę. Jakże piękny byłby świat bez niej, nieprawdaż?
Cóż, a póki co mamy kaczkę faszerowaną burakami na śniadanie, obiad i kolację.

A zatem (otwieram uroczyście kopertę)…
Zgniła Morela za dokonania, czyli liczne wmorelenia mnie (wyciągam karteczkę)…
I zapewne wielu z Was również (spoglądam na cudowną widownię)…
Wędruje do (przybliżam się do stojącego na scenie mikrofonu)…
(dramaturgia rośnie, w tle słychać czyjeś nerwowe burczenie w brzuchu… Strusiu, czy to Ty?!)

Piździernikowej pogody!!!

Tak, kochani, dawno nie miałam takiego wmorelenia.
Wychodzę do pracy – ciemno, zimno, leje.
Siedzę w pracy – ciemno, zimno.
Wracam z pracy – ciemno, zimno, leje, wieje.
Mierzę elewację – ciemno, zimno, leje, wieje, kapie mi z nosa!

Ja wszystko rozumiem, wiem, że nazwa miesiąca zobowiązuje, ale bez przesadyzmu!

Przez kilka ostatnich lat to właśnie w październiku i listopadzie brałam urlop, i z aparatem w ręku hasałam po swoim lub obcym mieście. Zwykle obcym.
A w tym roku? Ledwo było możliwe bezpieczne i bezkropne doturlanie się do autobusu!

Nie, kochany piździerniku! Tobie już dziękujemy.

Jedyne dobro, które mi przyniosłeś to dodatkowa godzina snu, dokładnie ta, którą wydarto mi spod poduszki wiosną. Zatem wiesz, było miło, w zeszłym roku wręcz upojnie. A ten – nie przemilczę!

Masz tu, piździernikowa pogodo, Zgniłą Morelę!

I idź w π…

Zobacz również

Jak pisać bloga? – poradnik dla bombastycznego blogera

Prablogi Pytanie jak pisać bloga zadają sobie miliony lepszych lub gorszych twórców już od…