…w walącej się kamienicy.

 

Poruszenie

Pierwsze jeszcze nieśmiałe, ledwie odczuwalne.
Drugie znacznie bardziej natarczywe, drżące z niepohamowanego pragnienia niszczenia.

Misternie zdobione złotą koronką filiżaneczki po prababci zatańczyły kankana ze srebrnymi łyżeczkami w zabytkowym kredensiku.
Talerz, nieświadomy swego nie-lotu, wylądował na podłodze przeobrażając się w tysiące błyszczących drobinek. Jednak nie był latający. Czyżby mamusia była pingwinem? Po okolicy rozszedł się jęk i przeraźliwy zgrzyt ceglastego potwora. Skorodowana stal zagrała symfonię o mur i beton.

Ktoś 5 kilometrów dalej leniwie podniósł zbyt ciężkie jeszcze o tej porze powieki. Ostrożnie stawiając stopy na zimnej podłodze dokonał niemal całkowitego przebudzenia wciąż galaretowatego ciała. Nastąpiła transformacja w szlafrokus ziewus vulgaris. Omijając światło nocnej lampki przycupnął w pobliżu okna, obserwował zastygły we śnie świat.
Ten ktoś jeszcze nie wiedział o nadchodzącym pierwszym wyzwaniu.

Obiekt

Czerwona kropka łapczywie prześlizgiwała się po obiekcie. Badała każdego pora, najdrobniejszą skazę, prawie wygojone zacięcia przy zbyt szybkim porannym goleniu. Przesuwała się nieubłaganie w jednym kierunku – ku skroni.

Kolega D, wstrzymując oddech i skupioną pozycję ewidentnie wydalniczą, celował do ofiary.
Ofiary dowcipu.

Niestety, cel nieświadom dziejącego się właśnie zamachu na jego dobry humor i wzrok, oddalił się niegdyś czystą ciężarówką wraz z zapaleniem zielonego światła na skrzyżowaniu.
Wygłodniała czerwona kropka i tym razem musiała zadowolić się stuletnią cegłą.

To był drugi dzień naszego zesłania.
Le Chat, będący najbardziej niespełnioną artystyczną formą życia, jaką widziała ludzkość oraz nasz były szef w jednej osobie, nawet nie starał się ukrywać swojego niezadowolenia. Z resztą ostatnimi czasy coraz słabiej mu wychodziło ukrywanie czegokolwiek. W tym krzywych nóżek w przykrótkich portkach.

Dbając o swe zdrowie psychiczne, fizyczne oraz wytrzymałość zwieraczy, kilka dni wcześniej postanowiliśmy opuścić kamienicę z przełomu XIX i XX wieku, nie dokonawszy kompletnego jej pomiaru.
Przyznaję, to ja spanikowałam już na pierwszym półpiętrze, widząc stalową konstrukcję misternie zdobionych schodów odstającą o, bagatela, 15 cm od muru. A przynajmniej czegoś, co mogło go przypominać jakieś 100 lat temu.
A teraz za to słono płaciliśmy rzadko spotykanymi obecnie walutami – strachem, węchem i problemami z jelitami.

Budynek trzymał się jeszcze jako-takiej kupy chyba tylko za sprawą siły woli najemców lokali usługowych mieszczących się w części parterowej: jakiejś restauracji dziesiątej kategorii, stworzonej wręcz do urządzania stypy za stypą oraz mięsnego niewiadomego pochodzenia, dostępnego tylko od podwórza. Ciekawe dlaczego?

Tak, już na pierwszy rzut oka było widać, że oto zbliża się największa stypa w tym budynku.
I ostatnia.

My już wiedzieliśmy, imprezka będzie tak huczna, że rozejdzie się szerokim echem i tumanem kurzu po całej dzielnicy.
I kilku poziomach chodników kopalnianych poniżej.

Piwnice i parter opanowaliśmy niezwykle szybko i zgrabnie, na paluszkach, już za pierwszym podejściem. Na szczęście nie wymagało to zbyt dużej odporności psychicznej i szelek zabezpieczających przed upadkiem z wysokości 200 metrów. Wspólnie odprawiliśmy rytualny taniec pomiędzy lodówami ze zwłokami a koszami pełnymi święcących w ciemnościach warzyw. Ale najgorsze było dopiero przed nami.

Pierwsze piętro, obmierzone jakąś godzinę wcześniej, mieściło niegdyś przedszkole. Można to było rozpoznać po artystycznych malunkach na ścianach wykonanych unikatową ręczną techniką, teraz pokrytych licznymi pajęczynami spękań.
Kolejne piętro to poddasze, częściowo nieużytkowe.
Spękania ścian powoli zaczęły nam odsłaniać krwawe oblicze skruszonych cegieł.
Schody, co raz bardziej przekrzywione w stronę utraconego w ścianie podparcia, bezgłośnie szeptały coś o rychłej ucieczce i ewentualnym rabacie na darmowy pochówek.
Nadproża okien na klatce schodowej już dawno zapomniały jaką powinny pełnić funkcję, malowniczo zwisając na tle błękitnego nieba.

Zdecydowanie należał nam się odpoczynek

Kolega D w celu odstresowania właśnie postanowił zagrać największą rolę swojego życia.
Godną Łoskara!

Oto przy okienku, na walącym się poddaszu, pozycję krwiożerczego łowcy przybrał najbardziej nieprzewidywalny płatny morderca XXI wieku. Wstrzymując oddech oraz inne lotne substancje, powoli podnosił swój niepowtarzalny sprzęt z naprowadzaniem laserowym. Skupiony wzrok mówił jedno – już mi nie uciekniesz. Nigdy nie chybiał.

Nie śmiem się nawet domyślać, czyja twarz tak naprawdę stała mu przed oczami.
Za to ja, jak na kompletnego żółtodzioba w branży przystało, postanowiłam pozwiedzać.

Widoki były nieziemskie – gdzie się nie obróciłam, tam wszędzie napotykałam na krajobraz niemal księżycowy. A z pewnością jak po X wojnie światowej. Cegły, puszki i butelki po bardziej niż tanim winie.

Niestety, poddasze pozwalało jedynie na obroty. Wytrzymałość psychiczna drewnianych desek i sposób ich ugięcia były jasnym komunikatem, by nie nadwyrężać ich jeszcze bardziej.

Przerwa minęła. Ruszyliśmy dalej, po naszych własnych śladach – miejscach najmniejszego ugięcia pod wpływem ciężaru własnego desek.
Na naszej drodze stanęły drzwi. Najzwyklejsze, drewniane, bez możliwości teleportacji w bezpieczniejsze miejsce. O dziwo, wciąż trzymające się w zawiasach.
Jednak żadne z nas nie spodziewało się ujrzeć za nimi…

Wzgórza Meneli

Czym było? Właściwie łatwiej by było opisać czym nie było.
Wielka wyżyna substancji wszelakiej, w tym organicznej i wciąż żyjącej, spojrzała na nas butelkową zielenią spod wiadra po farbie. Poruszyła się, zalotnie zsuwając z samego szczytu zbyt długo używane czyjeś gacie.

Nie wytrzymaliśmy. Drzwi zatrzasnęły się z wielkim hukiem.
To był błąd. Po budynku przeszedł dreszcz silniejszy i głośniejszy niż ubijak wibracyjny zastosowany na asfalcie.
Gdzieś w oddali otworzyło się niespodziewanie jedno z okien, powodując nieziemski przeciąg w czasoprzestrzeni i przeszywający zgrzyt drewnianej konstrukcji dachu.

Nie mieliśmy wyjścia – to były dwa ostatnie pomieszczenia.

Zaciskając zęby, nosy i jeszcze bardziej zwieracze, kolega D ostrożnie chwycił za klamkę.
Wzgórze jakby nieznacznie się przesunęło ku nam. Wyłupiaste butelkowe oczy śledziły każdy krok, jakby czekały na naszą pomyłkę.
Zaczęliśmy od ostatniego pomieszczenia. Laser w końcu oznajmił swoje zadowolenie zaserwowanymi mu ceglanymi smakołykami.
Dwa okna, jeden komin, cztery ściany, sufit, podłoga – podstawowy zestaw został ogarnięty.
Zostało kilka ostatnich metrów.
Wzgórze swą rozległością zastawiło nam drogę na dobre.
Właśnie rozpoczęło się ostateczne starcie – musieliśmy z niego wyjść cali i z wymiarami ostatniego pokoju.

Pierwszy zaatakował kolega D, wykorzystując siłę kopniaków oraz ograniczone ruchy Wzgórza wdrapał się na sam jego szczyt.
Triumfując zwycięstwo strącił resztę czyjegoś odzienia z przeterminowanym terminem do noszenia.

Moja kolej.

Nieudolnie, chwiejąc się na nogach bardziej niż pan Edzio po fioletowym zmieniaczu czasu najwyższej jakości i procencie, zdobyłam wierzchołek góry smrodowej.
Tego dnia szczęście mi jednak nie sprzyjało. Ulicą przejechał przeładowany tir, trzęsąc budynkiem od fundamentów aż po kalenicę.
Straciłam równowagę. Oparcie zapewniła mi dopiero ściana. Bez tynku.
Mur zajęczał niemal w tej samej tonacji co ja. Szyby w oknach zawibrowały od nadmiaru mojego słodkiego wysokiego śpiewu.
Zostałyśmy z kamienicą siostrami krwi.

Chwilę później było już po moich pierwszych kompletnych pomiarach.
Schodząc po schodach słyszałam jej szepty. Niemal czułam za sobą opadające kolejno cegły. Oczami wyobraźni widziałam jak składa się w sobie z rozpaczy.

Dotarliśmy na podwórze

Ciepłe słońce szybko uzupełniało stracony w zimnych umierających murach dobry humor. Starałam się nie odwracać, kątem oka jednak widziałam puszczone w moim kierunku okienne oczko kamienicy sąsiedniej.
Już wiedziałam – ona będzie następna.

Na zawsze przepadłam w ceglanych murach.

cdn.