Tekst jest niemal w całości literacką fikcją, zainspirowaną jednak pewnymi czynnikami zewnętrznymi.
Autorka nie bierze odpowiedzialności za zbyt dosłowne odczytanie poniższego wpisu ani za oplute podczas śmiechu ekrany i klawiatury. Ostrzegam! Nie jeść i nie pić podczas czytania!

__________________________________________________________________________


Jechałam wypchanym po brzegi autobusem w klimacie orientbusa. Lipcowy upał sprawiał, że pojazd był wypełniony jeszcze bardziej niż zwykle. Jak puszka sardynek w sosie własnym i sąsiednim.
Gapiłam się w okno, medytując wiatr szumiący w koronach mijanych parkowych drzew.
Coś zatrzeszczało za moimi plecami. Jakby dwa ocierające się o siebie balony w cyrku. Przed oczami stanął mi clown z TO. Już miałam krzyczeć, już miałam przeklinać na czym świat stoi Kinga, że jego chora wyobraźnia wtargnęła do rzeczywistości. Ale prawda była jeszcze bardziej przerażająca. I bolesna dla oczu.

“TO” było faktycznie “TYM”.

Na dwóch patykowatych odnóżach, podkutych szpilami o wysokości 3 pięter, znajdowały się dwie dynie o średnicy 60 cm, wciśnięte w różowe mini. Ale takie bardzo mini. Niby nic dziwnego, ale kurde, do Halloween jeszcze trochę czasu nam zostało. Gdzieś wyżej, chyba z jakiejś deski, wystawały dwie nienaturalne narośle. Pasożyt jakiś? Obcy, dwusetny pasażer busa?
Autobusem zatrzęsło, trzeszczenie powtórzyło się. Tak, to one wydawały taki odgłos.
Niebezpieczny dla moich zębów.

Przesunęłam wzrok wyżej. TO miało podobne narośle też na twarzy, otoczonej dziwnej barwy fluorescencyjnymi blond włosami. A właściwie mieszanką barw, która miała chyba dać efekt ombre.
Próbowałam sobie przypomnieć czy ostatnio w Lidlu nie dawali czegoś podobnego w gratisie. Albo czy z pobliskiego zoo nie uciekła zmodyfikowana genetycznie czupakabra.
Z zamyślenia wyrwał mnie dziwny skrzypiąco-piszczący dźwięk.
Kilka osób skrzywiło się, kilka kolejnych przesunęło w tył pojazdu. Ktoś z pieskiem przy drzwiach zaczął krzyczeć, że to znęcanie się nad zwierzętami i zgłosi sprawę do TOZ.
TO poruszyło się. Dopiero teraz zauważyłam, że ma też ręce. Grzebało nimi w oklejonej lampkami choinkowymi torebce. Coś mnie oślepiło. Myślałam, że to słońce wybuchło, ale po chwili udało mi się nieznacznie uchylić powieki. TO trzymało przy uchu coś, co przypominało telefon, tylko… świecący niczym Gwiazda Betlejemska. Odetchnęłam z ulgą, że to jeszcze nie Ragnarok.
Wróciłam do medytowania drzew.

silikon w cyckach

– Alasss ętę!!! – usłyszałam nieludzki krzyk.
Rozejrzałam się czy ktoś w busie nie zaczął rodzić, lecz na twarzach pozostałych pasażerów malowało się to samo przerażenie.
– Efiem kcie estem. F usie akiś. Atę uśi!
Tym razem jednak byłam pewna. Odgłos wydobywał się z narośli na twarzy TO. Czyżby Obcy zaczął przejmować kontrolę?
Zaczęłam powoli przeciskać się do tyłu pojazdu. Może uda się jeszcze uciec na najbliższym przystanku? Chciałam żyć i każda moja kończyna to potwierdzała.


Coś stuknęło. TO zaczęło zginać się wpół, jakby przygotowywało się do skoku. Czy wybrało już pierwszą ofiarę?
Widziałam, jak dynie wciśnięte w różową bardzo mini-mini przyciskają jakąś babcię do szyby. Widziałam, jak przednie balony zakrywają twarz najbliżej stojącej studentce. Zrobiło mi się duszno. Straciłam orientację w której części autobusu jestem. Świat zawirował jeszcze bardziej, gdy kierowca nagle zwolnił i skręcił na przystanek. Nadchodził ratunek!

Drzwi pojazdu otworzyły się w akompaniamencie pisku szyb ocierających się o przerażone twarze.
Na chodnik wylała się niemal cała zawartość autobusu.
TO leżało na bruku wśród nas. A właściwie turlało się na swoich dyniach, wydając z siebie dziwne chrząknięcia i kaszlnięcia.
Jakiś nieświadomy zagrożenia przechodzień podskoczył z zamiarem ratowania obcego.
– Ludzie, ratujcie. To się dusi!
Ktoś zaczął krzyczeć, ktoś inny chyba zaczął wymiotować.
– Zostawcie, bo się rozsypie! – usłyszałam. Znałam ten pewny siebie spokojny głos.
Wszyscy znieruchomieli, jakby właśnie znaleźli 3 tonową bombę. W sumie wiele się nie pomylili.
– Zostawcie, bo jeszcze nos odpadnie i polecą gluty.

Z cienia wynurzyła się mała pluszowa postać. Podeszła do TO pewnym krokiem, lekko stuknęła butem w dynie. Z przeciągłym pierdzącym odgłosem zeszło z nich całe powietrze.
Wszyscy jakby nagle się ocknęli, zaczęli wstawać, bliżej podchodzić. Chyba bardziej z ciekawości niż z chęci pomocy.
– Mistrzyni, ale co to właściwie jest? – poznałam przygniecioną różowym dupskiem babcię.
– Silikon – Zdupa nacisnęła lekko nienaturalne narośle na przodzie.
TO przestało wydawać z siebie odgłosy. Na oczach miało zasłonę z farbowanego futra yeti, więc trudno mi było ocenić czy są otwarte.
– Ale co to tu robi?
– Zaraz się przekonamy.
Mistrzyni Zdupa na oczach wszystkich zaczęła szperać w blond włosach. Usłyszeliśmy cichy klang. Narośle na twarzy poruszyły się.
– Atę to elefisjiii. Atę to elefisjiii. Atę t…
Zdupa znów coś pogrzebała we włosach. Szybkim ruchem zdjęła napompowane jak po ataku całego roju pszczół usta.
– Jadę do telewizji – tym razem dało się usłyszeć mechaniczną, w pełni jasną i zrozumiałą odpowiedź.
Kilka osób odetchnęło z ulgą.
– Ale po co, Mistrzyni? – nie dawała za wygraną babcia.
– Pewnie samo nie wie. Wiedza syntetyków zwykle ogranicza się do promocji w Lidlu, no, czasami jeszcze w Biedronce. A tu mamy 100% sztuczności. To cud, że potrafi mówić!
– Ale przynajmniej jest całkiem… ładna? – szepnął niepewnie przechodzień.
Wszyscy zwrócili ku niemu twarze, niektórzy z pobłażliwością w oczach, inni z pogardą. Ktoś znów zaczął wymiotować. Właścicielka wcześniej grożąca TOZ-em zaczęła wyć wraz ze swoim psem.

Tylko Zdupa stała wciąż nieruchomo i przyglądała się sztucznym cyckom.
– Tyle dobrego silikonu budowlanego zmarnować – ubolewała Mistrzyni – Tyle silikonu…

Zobacz również

Ida Hora – samotny grób w Bytomiu Łagiewnikach

Gdyby tak iść, powiedzmy od okolic dworca bytomskiego, mniej więcej na południe, ulicą Łag…